You will hate eternity
Po wewnętrznej stronie drzwi najmniejszego z możliwych do wyobrażenia sobie studenckich pokoi zwisał smętnie klucz - symbol barykadalności. Odcięcia. Niewietrzona atmosfera śmierdziała palonym parkietem, w którym rzeczywiście zrobił się ubytek. Zupełnie jak w mleczaku, trochę mniej wesoły. Schował się nieśmiało pod kupą na wpół wypalonych mentolowych Chesterfieldów. Że niby tak arystokratycznie. Ukłon A. w stronę wspomnień o wąsatych potomkach arystokracji roszczących sobie prawa do praw, do których według prawa praw nie mieli, ale za to zostawiali na stolikach ledwie nadpoczęte paczki papierosów. Obserwowała to kątem oka podczas uczt, jakie odbywali ze zamerykanizowanymi kuzynami i szybciutko, najszybciej ze wszystkich kelnerek przemykała się między kanciastymi stolikami, żeby rzucając inną robotę, sprzątnąć właśnie ten. Zdarzało jej się wyobrażać sobie, że sama jest jedną z tych zamościanek from USA o perłowych ząbkach odsłanianych w szczerze poniżającym uśmiechu między pociągnięciami, wyjętego ze srebrnej papierośnicy po dziadku Jacobie Zamoyskim, Chesterfielda.
W paczce został ostatni cały papierosek. Podniosła się spomiędzy podpisanych w poprzedniej epoce kserówek i z wystudiowaną gracją odpaliła go czechowicką zapałką. Odpalanie czegokolwiek, co nadaje się to napełniania płuc, zapalniczką jest profanacją. Zapach siarki powinien zdominować pierwszy tytoniowy wdech i wtopić się w otoczenie . No i nie było zapalniczki w najmniejszym studenckim pokoju, a klucz dzielnie wypełniał wojenną misję. Przytrzymując filtr wyłącznie za pomocą ściśniętych warg, podciągnęła sukienkę, jedyny element garderoby jaki na sobie miała od kilku dni, żeby obejrzeć uda. Wypuściła dym nosem, zechciało jej się kichać. Uszczypnęła skórę po wewnętrznej stronie, w miejscu, w którym po zgięciu kolana robi się wklęśnięcie. Zawsze zadziwiały ją reakcje skóry na własny dotyk. Najciekawsze są szczypane sutki, ale nie mogła do nich trafić. Pewnie diabeł przykrył je ogonem razem z piersiami i biodrami. Do rozkoszy wystarczą uda, ale w tym celu należy wspiąć się na parapet. Ekshibicjonistycznych perwersji A. nie ukrywała nigdy przed użytkownikami MPK stojącymi na przystanku pod kamienicą. Kiedy jeszcze zmieniała ubrania cieszyła się, że może, zrzucając bieliznę, przeciągnąć się do sąsiadów przed snem. Zapobiega to koszmarom i bezsenności. Ma również działanie akceptacyjne, w końcu sąsiad z naprzeciwka nigdy się nie skarżył. Dopodglądała się którejś nocy maszyny do pisania na jego biurku zanim zaciągnął zasłony. Musiał być pisarzem, może krytykiem. W każdym razie gust miał, bo żoneczkę sobie wybrał niczego sobie. Filigranowa tleniona blondynka wybiegała codziennie za pięć ósma z bramy naprzeciwko domu A. w najpiękniejszym płaszczu jaki widziała nasza bohaterka. Z perspektywy drugiego piętra wyglądał jak białe lisy, chociaż A. nie wierzyła, że może być prawdziwy. Czasem lepiej wymyślić swoją prawdę.
Bliskowschodni upał szczytowania w tym roku miał niezwykle wysoką wilgotność. Musiała chłodzić twarz napierając policzkiem na szybę. Polizała uszczelkę w miejscu, w którym niedawno znalazła wyżutą gumę o ciągle intensywnie anyżowym zapachu. Podczas znajdowania miała wizję uporządkowanych nukleotydów w spirali przylepioną przez T. na pamiątkę do okna. Wszystko się zgadzało. Miał zespół Łgarza. ( Narrator nieuświadomionych uprasza o skończenie z tą genetyczną ignorancją. Dla przypomnienia zespół ten posiada kariotyp 2n = 47 XYP. Symbolu P jeszcze nie wyjaśnił żaden naukowiec.) Biedny T. Gdyby nie zabezpieczał się odpowiednią ilością substancji smolistych, mutację tę oddziedziczyłyby z pewnością jego dzieci zasilając społeczeństwo w nadinteligentów-artystów ze szkodą dla następnych A.
Zeskoczyła z parapetu na cztery łapy i rozpoczęły się gorączkowe poszukiwania gumy, którą przecież zapakowała w kawałek żółtej folii opakowania po paluszkach. Jest. Stwardniała tak, że nie było problemu z oderwaniem jej od osłonki. Nabożnie włożyła ją sobie do ust. Najpierw delikatnie wodziła po niej językiem, ogrzewała, śliną gorącą jeszcze za sprawą aktu onanizmu, aż zmiękła. Po chwili guma wydała ostatnie anyżowo-miętowe tchnienie, a A. uwierzyła już zupełnie, że to język T. wodzi po jej górnych zębach. Upchała go za siódemkę, bo ósemek się nie doczekała. Nadal uważała to za niesprawiedliwość. Skoro minister, urzędnik i cesarz byli głupi, bo nie widzieli nowej szaty, to brak ósemek nie wymaga już komentowania.
Postanowiła zapleść włosy w warkocz przed nocą. Trzeba kiedyś zacząć wyglądać w tym oknie skoro przesypia na nim ostatnio większość snów. Na wypadek gdyby T. zdecydował się stanąć naprzeciwko niech widzi, że A. sobie radzi. Grzebień z ubytkami przyjemnie drapał skórę głowy, ale palce wyszły z wprawy. W poprzedniej epoce zwykła nosić rozpuszczone włosy. Doglądała ich pozycji w sklepowych witrynach przy okazji przypominając sobie o wyprostowanych plecach. Podziwiała jak falują bez uprzednich rozmów moralizatorskich. W przyciemnianych szybach samochodów pielęgnowała próżność, nie zapominając, że nie wolno spojrzeć w momencie, gdy profil jest w pozycji równoległej do powierzchni odbijającej. Tego dnia postanowiła się zapleść cała. Sznurowanie i łatanie wydaje się być trwalsze, ale w tym tumiwisizmie wywołanym chorobą popromienną, obie czynności stały się niewykonalne. Zaplatała i rozplątywała, żeby znowu zapleść i popieścić kark odmrożonymi palcami. Z tym odmrożeniem to ciekawa historia. Alkoholizacja dzieci w przedmiejskim sadzie wiązała się z częstą potrzebą opróżniania pęcherza, a A. miała kiedyś problem ze strachem przed brudem. Jakoś było jej nie w smak wycieranie rąk o kurtkę, więc wkładała je w najczystszą zaspę śniegu, chociaż wiadomo, zamojski śnieg nadaje się nawet do zaspokajania pragnienia. Nabierała trochę w dłonie i pocierała tak długo, aż zaczynał ściekać po nadgarstkach pod ściągacze swetra, a skóra robiła się czerwona i spierzchnięta. Po jednym wieczorze z przyjaciółmi od biedronkowego wina przestała móc prostować mały palec i coraz więcej czasu zajmowało przywrócenie prawidłowej, różowo-brzoskwiniowej, barwy .Po kolejnym już wszystkie zgrzytały i nigdy nie wróciły do prawidłowej temperatury. T. zawsze dziwił się, że wkładanie ich do ust nie pomaga. A. doceniała wysiłki i nie protestowała, gdy przez kwadrans ssał jej palec wskazujący. C’mon! Why? Sama czasem teraz tak robi, gdy szczypanie ud przynosi małe efekty, a niecierpliwa jest po matce.
A. ułożyła się w pozycji trumiennej . Zbindowana okładka kradzionego podręcznika troszeczkę gniotła ją w łopatkę. Przechyliła głowę, żeby nakryć profilem kupkę petów i popiołu. Zamknęła oczy, pogrążyła się w tej pieszczocie. Odetchnęła słowem flow. Easy, flow. Nie miała dokąd flow. Oczekiwała.
Pod zadymionym sufitem narodziła się mucha z misją. Wlazła A. pod kolano i odtańczyła tam tango w iście argentyńskim stylu. Z wnętrza A. dobiegł bulgocący śmiech, który najpierw śmiechu wcale nie przypominał, później natomiast stał się rozkoszny, zawadiacki, zalotny. Wypluła gumę T. i zrobiła sobie i musze herbatę. Na dobry początek.
Komentarze (5)
-
- Wanda Szczypiorska
- 08 marca 2011, 10:12:55
barykadalność, akceptacyjne, dopodgladała. Bliskowschodni upał szczytowania?
Zespół Łgarza - tak. To mi się podoba, znam takich. I mucha z misją też mi się podoba. A całość - tak sobie. Może zresztą to jeszcze nie koniec rozmowy. -
- Jolanta Wierzba
- 08 marca 2011, 15:57:46
W dalszym ciągu nie jestem przekonana do wlekących się w nieskończoność zdań. Gubią sens, ot np tutaj:
"Przytrzymując filtr wyłącznie za pomocą ściśniętych warg, podciągnęła sukienkę, jedyny element garderoby jaki na sobie miała od kilku dni, żeby obejrzeć uda." - wymagające oględzin uda, do niczego nie pasują. Cały tekst jest suto zakrapiany błędami stylistycznymi (niestety długie zdania wymagają porządnego warsztatu. Tak jak pisałam pod wcześniejszym tekstem, warto odseparować od reszty długie zdanie, sprawdzić jego sens.)
"to napełniania płuc", "zechciało się jej kichać"- literówki?
Podobają mi się niektóre sformułowania jak np. "niewietrzona atmosfera"- doskonale- śmierdzi, jest duszno a na domiar złego wprowadza w swego rodzaju niemoc uczynienia czegokolwiek.
Całość tchnie srogim niedopracowaniem. Proponuje poćwiczyć pisanie małych obrazków, oswoić krótkie, proste zdania.
-
- Jan bez Ziemi
- 08 marca 2011, 16:11:15
Tytuł - jak nie mamy pomysłu, to po 'ichniemu'?
-
- Paulina Lipiec
- 08 marca 2011, 16:23:44
Tytuł znalazłam zapisany na murze przy lokalu, w którym powstał pomysł. Dla mnie ma znaczenie, dla czytelnika, rzeczywiście nie bardzo ;)
-
- Michał Erazmus
- 09 marca 2011, 23:18:07
Długie zdania z czasem się dopracują. Jedni je lubią, inni mniej, każdy ma swój fetysz… Osobiście, raczej nie przeszkadzają. Ma pani za to niezwykłe pomysły, porównania, te wszystkie określenia. I to mi najbardziej imponuje, i najbardziej przykuwa ;)
Ale tytuł bym zmienił. Jeśli piszemy dla siebie, to czemu nie zostawić tego w szufladzie?
Pozdrawiam.