W stronę okna
Spotykam ostatnio na przystanku Filharmonia swojego byłego przyjaciela. Marcin - rocznik ’82, wysoki brunet . Lubi książki, muzykę, dobre kino i małe zwierzątka. Od dwóch lat anatomicznie pełnoprawny Żyd. Intelektualista. Mówię mu „Szalom!” Patrzy spode łba.
- No hej. Chcesz papierosa? – pyta. Wyciąga papierośnicę. Jest luksus.
- Tak, dzięki. Mam swoje. Wiesz to zabawne, dawno temu myślałam, że koszerny znaczy to samo co kiszony.
- Czy za każdym razem kiedy ze mną rozmawiasz, musisz wyśmiewać moją religię?
- Mylisz pojęcia. Religia religią. Kultura kulturą. Nie lubię Żydów.
- Idiotka. Zjadłbym babeczkę cupcake. Idziemy na kawę do Coffee?
- Możemy na pączka-donut do piekarni-bakery. Dziewczyna niedawno umarła.
- Chyba pojedziemy na wakacje do Izraela. Dzieciaki muszą zobaczyć jak świat się kręci. Trochę się jeszcze waham, bo ataki, wiesz różne takie. Jakiś Palestyńczyk zdetonował wczoraj bombę przed hotelem w żydowskiej dzielnicy Jerozolimy.
- No nie tak znowu niedawno. Tydzień temu, w niedzielę był pogrzeb. Trochę było z tym zachodu bo wypadła z okna.
- No po prostu tragedia ludzka.
-----------------------------------------
Tak. Umarła. Naprawdę. Specjalnie na tę okazję kupiła sobie ręcznie haftowaną koszulę nocną do kostek. Nie wyglądała w niej romantycznie, kiedy leżała już na chodniku. Zanim przyjechały te wszystkie wyjące auta, gołąb narobił jej na włosy. A mówią, że to działa jak czterolistna koniczyna. Dziewczyna - rocznik ’88, chuda szkapa. Cichutka. Przyznawała, że granice jej ego sięgają Borku Fałęckiego albo jeszcze dalej. Lubiła zdrapywać zębami lakier z paznokci. Świetna w łóżku. Ateistka do chwili, gdy zdecydowała o skoku z okna. W liście do matki mianowała mnie powodem swojego czynu, przez co spędziłam kilka godzin na komisariacie pod czujnym okiem wąsatego policjanta. Zastanawiałam się czy to nie on przypadkiem pomalowany na biało zarabia bezruchem na Grodzkiej. Troszkę się zawieszał na przesłuchaniu. Milkł w połowie pytania i zakładał nogę na nogę. W tej pozie patrzył na papierosa do momentu, aż się wypalił, wygiął ostatecznie, żeby ze stanu tymczasowo stałego rozsypać jako nienamacalna przyczyna błota. Ani razu mnie nie poczęstował. Nie wyciągnął żadnych wniosków, bo co tu wyciągać, kiedy za jest piętnaście szesnasta i zaraz przyjdzie zmiennik. Nic dziwnego, że policjanci lubią się żenić z paniami z Urzędu Skarbowego.
Wracając do Dziewczyny. To może być istotne. Może być też tylko marnowaniem słów i czasu. Pitupitu dla samej gadaniny, ale słuchaj. Pierwszy raz ją zobaczyłam na koncercie. Przyszła na zastępstwo, bo wokalistce w nocy usunięto zbuntowanego zęba. Śpiewała na oślep z kartki, ale nawet nieźle jej to wychodziło. Teksty były w końcu po angielsku. Kiedy zbliży się usta do mikrofonu i założy, że większość widowni to studenci, można spokojnie zmyślać słowa. Samo pogłębianie i spłycanie dźwięku plus mocne uderzenia bosego perkusisty wystarczą, żeby wprowadzić większość jednostek w stan potupywania ,w którym od tej pory będą okiełznywać mróweczki hasające od kostek w górę. Też się daję na to nabrać, dlatego gdy sama przysiadła się do mojego stolika, wykorzystałam spore ilości piwa bulgocącego we krwi, by dopracować sobie obraz maksymalnie eterycznej kobiety zasługującej na składanie jej licznych hołdów. Zagięła mi wokół palca czas i przestrzeń ledwie słyszalną paplaniną. Nie mogłam skupić się na rozmowie, bo rajstopy strasznie się naerotyzowały od kontaktu z jej nagim kolanem. Zakochałam się. Nic nie szkodzi. Zdarza się nawet najlepszym.
Po tygodniu znajomości wymieniła mi garderobę. Sobie zresztą też. Obie za moje pieniądze. Po miesiącu nie krępowała się wyrzygiwać płynny stan upojenia do wanny, w której przed chwilą przygotowałam sobie kąpiel. Raz pewnie by się utopiła, gdybym akurat nie weszła gotowa do walki w obronie wywołujących bąbelki rozpuszczonych serduszek z Sephory. Mówiła potem, że to wszystko z rozpaczy, że takiego cierpienia, jakie ona przeżywa nie zrozumie żadna ukraińska pokojówka. Jeżeli Katjuszka Iwanowna nie chce się kąpać, to ona chętnie. Wskakiwała do tej śmierdzącej przetrawionym winem wanny i płakała. Musiałam jej zmienić wodę, umyć włosy i trzymać dłoń na czole, kiedy uderzała głową w kafelki. Takie miała zwyczaje ta moja Dziewczyna. Czasem udawała rano, że ma drżenie rąk, żebym to ja rysowała jej na powiekach czarne niteczki eyelinerem. Napisała mi potem na odwrocie paragonu list z wyjaśnieniem: od paru dni nie może spojrzeć w lustro, bo zmarszczki mimiczne wróżą jej klęskę w branży muzycznej. Moje dzieciątko.
Szczerze mówiąc nie wydaje mi się, aby talent Dziewczyny wyróżniał się spośród śpiewających pensjonarek czy gwiazdeczek z burleski. Trzeba jej jednak przyznać, że w każdą piosenkę wkładała całą swoją kobiecość. Nawet ludowa przyśpiewka brzmiała w jej ustach zmysłowo choć bez erotyki w lamparcie cętki. Po prostu nadawała dźwiękom namacalność półprzymkniętymi powiekami i lekko odchylonym, rozbujanym na scenie ciałem. Kiedy nawiązywała kontakt wzrokowy z publicznością, oznaczało to, że wypadła z rytmu, że nie styka się już wystającymi obojczykami z melodią. Nie mają już do siebie tak pełnego zaufania, jak pływak kładący się na wodzie ze świadomością chwilowej symbiozy śliskiej materii i gładkiego ciała. Dlatego, gdy wkrótce potem odkrył ją Menadżer znanego Hiphopowca i zaśpiewała dwa czy trzy refreny o życiu na blokowisku , straciła urok nawiedzonej wokalistki stając się tylko błyskiem na rozpikselowanym ekranie. Schudła jeszcze bardziej. Przypominała już biurową taśmę klejącą, chociaż uparcie twierdziła, że jest klepsydrą. Przychodziła do domu tylko spać, nawet mi to odpowiadało. Zrobiłam porządki. Zutylizowałam wszędobylskie buteleczki po neospasminie i ćwiartkach wódki, którą rozcieńczała uspokajacz. Miała po tym odloty. Kto wie, może przed skokiem raz jedyny wypiła w złej proporcji. Może mieszanka ma skutki uboczne objawiające się po jakimś czasie. To nie jest tak, że od początku chciałam ją wsadzić pijaną do pociągu jadącego w głąb Kazachstanu. Nie. W tych lepszych chwilach łasiła się jak najedzony kot, jak pięciolatek radośnie obsmarkujący maminą łydkę, kiedy w końcu przyszła odebrać go z przedszkola. Sprawiało mi przyjemność pociąganie jej za mokre loki i świadomość, że wiem o nachodzących na siebie palcach u stóp. Lubiłam patrzeć jak dzieli na pół każdy kawałek ciasta, jak ozdabia kanapki, jak staje w drzwiach z kawałkami papieru toaletowego przyklejonymi do miejsc na nogach, w które się zacięła. Całowałam później te ranki, te maleńkie kratery w skórze odsłaniające białą tkankę ukrywaną pod czerwoną mazią. Myślałam wtedy, że właśnie taka będzie, gdy już ogolę ją z przekonania o własnym szaleństwie, które w jej mniemaniu było synonimem wyjątkowości. Będzie bielutka i świeża. Do zagospodarowania. Ten pierwszy raz postanowiłam pokonać słomianość zapału i ulepić Pandorze rozum. Buntowała się jednak, a ja traciłam cierpliwość. Najgorsze przyszło, gdy już zupełnie nikt nie chciał słuchać jej refrenów. W Internecie przeczytała, że ma zbyt wysokie czoło, więc nie będzie z niej żadna „superstar”. Rzucała się trochę, rybka, otwierała pyszczek i próbowała zaczerpnąć jeszcze jakąś szansę. Wydzwaniała do Menadżera, do Hiphopowca, do zgrai pisarczyków przed którymi wdzięczyła się niedawno, gdy pytali skąd czerpie inspirację.(Odpowiadała wtedy, że z trudnego dzieciństwa.) Wpadła w depresję. Nie mogła spać i spędzała noce w kuchni pod stołem pocierając oczy nadgarstkiem. Cierpliwie znosiłam drżące śpiewanie przez nos żałosnych francuskich piosenek i nerwowe wyłamywanie stawów w palcach. W tej sytuacji nie wolno mi było jej wyrzucić. Nie odważyłam się jednak też do niej zbliżyć, bo wiedziałam, że przyssie się, wpije w moje sumienie wyżerając litość do ostatniego okruszka. Jej irracjonalna rozpacz szamotała mi się w głowie jak brzęczenie monet podrzucanych przez stare kobiety okupujące uliczki w Marrakeszu. Biegała niby kura z odciętym łebkiem. Ciągle nie gotowa by stać się li tylko ingrediencją rosołu. Nacierałam pulsujące skronie Alpą. Nie pomagało.
Tamtego dnia z pilnego nadążania za strumieniem Prousta wyrwał mnie dźwięk mamrotanej litanii. Przeszłam z dyskretnej kuchni do pokoju. Dziewczyna opuszczała „ módl się za nami”, element, który zawsze wydawał mi się najważniejszy, bo jak mantra wprowadza w mistyczny stan uświęcenia. Stojąc na parapecie, opierała się o ramę okna. Między palcami jej rąk i nóg te cholerne ślady gołębi. Dopiero wtedy po raz pierwszy zauważyłam, że na kamienicy z przeciwka wisi lustrzany szyld zegarmistrza. Łapał słońce i przesyłał dalej, dzięki czemu w północnym pokoiku światło odbite ganiało swoją ideę. Za pewne nie zwróciła na to uwagi zbyt skupiona na obolałym wnętrzu. Wyglądała trochę jak małe dziecko na końcu molo – bardzo chce do wody, ale boi się lotu, więc stoi w pozycji gotowej na spontaniczny krok. Dziewczyna miała lęk wysokości. Musiało jej się kręcić w głowie. Mnie też zrobiło się słabo. Zobaczyłam siebie nad przepaścią w górach Atlas, z nieoszlifowanymi skałami kilkaset metrów w dół. Wcale nie przyszłam żeby się rzucić, ale skoro już tu stoję to groźny pan wąż syczy: z jakiegoś powodu się tu znalazłaś Hava. Cała wataha głosów prowadzi w mojej głowie dyskurs nad racjonalnością pokusy, a ja nie potrafię kazać im się zamknąć. Ogarnia mnie potrzeba sprawdzenia na własnej skórze. Silniejsza nawet niż szukanie ciepła na trzydziestostopniowym mrozie. Skocz dziewczyno. No skocz. Ułatwisz życie mi i sobie. Nie kuszą cię prawdy, które możesz odkryć, gdy już przestaniesz łapczywie chłeptać tlen? I tak mało go nam zostało. Czy nie lepiej żeby korzystali z niego ci, którzy nie są przeznaczeni do beznadziejnej walki z neurotycznym tarciem półkul, którzy wystawiają sobie żyworodne pomniki trwalsze niż ze spiżu? Zalała mnie potrzeba rozładowania lepkiej, gorącej ekscytacji. Instynktu, którzy w dzieciństwie przejawiał się uporczywym uderzaniem głową młodszego brata o ziemię, rozcieraniem piętą każdego napotkanego robaka. Odwróciła się w moją stronę, jakby zawahała. Chyba chciała zrezygnować, zeskoczyć, zrobić nam kawę.
Tak. Pomogłam jej. Nie miała czasu, żeby się zdziwić albo w locie wskazać mnie palcem. Jej twarz rozlana w niesfornych włosach nie wyrażała nic a nic. Dudniące do tej pory milczenie zaczęło śmiało pomrukiwać z zadowolenia.
Komentarze (1)
-
- Michał Erazmus
- 14 marca 2011, 15:17:50
Faktycznie nieco ‘lepko’ i ‘eterycznie’ ;) Zgrabnie, wyraziście zarysowane bohaterki, z małą przewagą ‘artystki’. Ale to dzięki pamiętnikarskiemu stylowi, bo najtrudniej pisać, mówić o sobie... Tekst się podobał. Miejscami przypominał mi trochę moją ukochaną „Grę w klasy”, nastrojem, może też sposobem prowadzenia narracji, z czytelnikiem gry słowami, skojarzeniami, motywami... Elegijnie, melancholijnie, bez złudzeń, ale też nie cynicznie. Idealnie wypośrodkowane pomiędzy patosem a życiem, przynamniej jak dla mnie.
Ale uważam, że brakuje zakończenia. Mimo że do pewnego stopnia nie spodziewałem się... Nie wiem, może zamknąć wszystko w klamrę i wrócić do tego Żyda z początku, do tej rozmowy. Nie wiem, to już leży w kwestii autorki, która, w co nie wątpię, wybrnie z chwilowego zawieszenia tekstu ;)
W paru miejscach brakowało przecinków, było też gdzieś błędnie zapisane ‘za pewne’, zdarzały się podwójne spacje, ale to wyłapiesz podczas korekty ;)
No i: „Jest luksus.” - Nie wiem, to chyba takie ‘krakowskie’. W Warszawie mówi się ‘na bogato’ ;) Żartuję, oczywiście… ;))
Pozdrawiam.