Melodramatyczne pierogi z miętą
Bardzo długo była na wszystko za młoda. Na brązowe swetry i szare meloniki. Na pieczenie chleba i rodzenie dzieci. Na przyjaźnie z mężczyznami po pięćdziesiątce. Pogodziła się z tym. Kupiła plisowane spódniczki i nosiła lenonki zamiast okularów a’la Peggy Sue. Zdejmowała koszulki na koncertach dopóki jej nieświeżych piersi nie wyśmiały ostrzyżone na jeża licealistki. Z dnia na dzień okazało się, że jest za stara na turkusowe sandałki i już nie garną się do niej chętni na niezobowiązujący seks. Zasmuciła się nie lada, bo jak to tak: ani w jedną, ani w drugą stronę. Zbadała dokładnie swoje ciało. Zrobiła notatki z obserwacji przechadzających się ulicami kobiet i stwierdziła, że najwyższa pora na kolczyk w nosie i farbowanie włosów. Postarała się też o pracę dla ASP. Fascynowały ją ludzkie wytwory, została więc modelką , bo ciało bez względu na wiek jest przecież dziełem sztuki. Studenci zgłębiali proporcje atrybutów jej kobiecości, czuła się przy tym nadzwyczaj swobodnie. Nigdy nie potępiała ekshibicjonistów. Jest coś w magicznego w bycie oświetlaną przez kilkanaście młodych par oczu, które, uwarunkowane talentem lub nie, spoglądają na człowieka jak na zbiór falistych odcinków, Misz masz barw, a potem oddają swoją subiektywną wizję na płótnie, w glinie, w drewnie w czymkolwiek. Za każdym razem była inna. Młodsza, starsza, pełniejsza lub bardziej koścista. Jeden z aktów powiesiła w salonie. Ten najbardziej realistyczny, dopracowany łaskawym pędzlem nieśmiałej, szarej dziewczyny. Było wielu chętnych na jej miejsce. Takie otwarte społeczeństwo, każdy chce wystawiać sobie pomnik albo chociaż pochwalić się przed znajomymi znajomych miniaturowym popiersiem własnej osoby. Powiedzieli jej „dziękuję” dokładnie wtedy, gdy nauczyła się rozmawiać z artystami nago, bez rumieńców zażenowania. Poczuła się jak pamiątka z wakacji, którą wynosi się na strych żeby zrobić na komodzie miejsce dla najnowszych.
Ogłosiła strajk i przez tydzień nie wychodziła z łóżka, aż w końcu nie mogła znieść bliskości pościeli przesiąkniętej kwaśnym zapachem starości. Obwąchała się cała, zmarszczyła nos i poczłapała pod prysznic, żeby zdezynfekować skórę wrzątkiem. Podczas panicznego szorowania zębów jeden z nich się poddał. Zakrwawiła umywalkę i wysysała krew kotłującą się w kraterze po pierwszej poległej kości. Naciągnęła palcami usta, obejrzała wszystkie odsłonięte szyjki, oceniła barwę osadu na popękanym języku. Zrobiło jej się słabo, być może od nadmiaru pary, którą zapraszała przez nos do żył, aby razem z wszelkimi biologicznymi brudami stanęła w szranki ze zdezorientowanym sercem. Zawiozła się do szpitala. Profilaktyczne badania nic nie szkodzą, a na wszędzie gadają, że wczesne stadium śmierci jest w stu procentach uleczalne. Albo przynajmniej można z nim żyć. Zdiagnozowano jej alergię na starość. Przyjęła to z niepokojem. Pan doktor zapisał kropelki placebo. Po dwadzieścia, trzy razy dziennie na łyżeczkę cukru. Oprócz tego proszę sobie spokojnie dogorywać w domu, w szpitalach jest tak smutno. Łyse dzieci w wyblakłych piżamkach albo pomarszczeni dziadkowie wypluwający flegmę w chusteczkę. Jedną i tę samą, prezent od nieboszczki, świeć Panie nad jej duszą. Robiła dobrą kulaszę i pierogi z miętą.
Uciekła ile sił w portfelu. Taksówkarz myślał o moralnych aspektach kupienia takich samych prezentów dla żony i kochanki. Ona myślała o odświeżaczu powietrza, takim co nie tylko maskuje, ale usuwa nieprzyjemne zapachy. Mogłaby się nim spryskiwać zamiast dezodorantu, zaczynał ją już denerwować ten mdlący odór skupisk melaniny na dłoniach i przedramionach. Mieszkanie zaczęło kuleć przez te kilka godzin nieobecności. Nic tylko zostawić je samo na chwile! Bukowy parkiet zaskrzypiał pod stopami w rytm marsza żałobnego, a piegowate lustro składało kondolencje swojej równolatce. Zakryła je fioletową spódnicą. I tak nie za wiele było przez nie widać ze względu na czarne kropeczki, które wzięły się nie wiadomo skąd i po co. Za każdym razem, gdy w nie patrzyła zastanawiała się na ile prawdopodobne jest, że ma w domu hodowlę much cierpiących na biegunkę.
Ułożyła się na wersalce jak na przewlekle chorą przystało. Na plecach. Z dłońmi splecionymi pod mostkiem. Przydałby się różaniec, ale nie była przekonana o celowości wznoszenia modlitw do ładnych kobiet. Młodych, ładnych kobiet. Szybko przetarły jej się włosy w miejscu, w którym potylica dotykała poduszki. W tym czasie objawy alergii mnożyły się i mutowały. Cała była alergią. Swędział ją mózg, ale siłą woli powstrzymywała drapanie. Zrosły jej się palce, wyglądały teraz jak płetwy. Najśmieszniej były te u stóp. I tak już nie popływa, a szkoda. Wypluwała ząb po zębie, aż pozbyła się ich wszystkich i odetchnęła z ulgą przejeżdżając co chwilę językiem po gładziutkich dziąsłach. Już nigdy ziarenko maku, drobinka sałaty nie zaplączą się między kieł a siekacze, jak miały w zwyczaju. Znudziło się jej czekanie, więc przestała oddychać. Poddusiła się przy tym, a jest naukowo udowodnione, że chwilowa przerwa w dostawie tlenu wprowadza w stany euforyczne. Z radości zwymiotowała żołądek i lewą nerkę. Dobrze, że nie było nikogo w mieszkaniu, bo na eksplozje endorfin miała już troszkę za dużo lat. Pomyślała, że miło tak odchodzić melodramatycznie.
Umarła, ale nic nie szkodzi. Nie będziemy się tu rozczulać. Przecież wiedziała, że to śmiertelna choroba ta starość. W połączeniu z samotnością i rozleniwieniem tworzy zestaw filozoficznych pytań, ale ona nie zdążyła rozważyć ani jednego z nich. Umarła, bo zrobiło się nudno i brzydko pachniało na świecie potem, moczem i zepsutym jedzeniem. Dalej brzydko pachnie i ja tez się zastanawiam czy to kichanie na przedwiośnie to nie pierwsze objawy.
Komentarze (7)
-
- Tomek .
- 28 marca 2011, 22:58:13
"ja tez się zastanawiam czy to kichanie na przedwiośnie to nie pierwsze objawy."
Tylko niech narratorka nie "zawozi się do szpitala", bo jeszcze "zdiagnozują tę alergię na starość", i co wtedy?;)
Mało optymistyczny to tekst, momentami troszeczkę niesmaczny, ale wydaje mi się, że zabieg celowy, przemyślany, ma działać tak, a nie inaczej. I działa. -
- Paulina Lipiec
- 28 marca 2011, 23:02:35
Nie zawiezie. Ma allertec. Jeśli niesmaczny to jednak (niestety?) całkowicie przypadkowo, bo tekst stał się od tak, przez chwilę. Jeśli jednak celowość ma ten zabieg usprawiedliwiać i pozwolić mu "zadziałać", to ja wcale się do niczego nie przyznaję;).
-
- joanna fligiel
- 28 marca 2011, 23:21:12
Zapowiadało się dość fajnie, ale długie umieranie mnie zmęczyło pod koniec.
-
- Jarosław Trześniewski
- 28 marca 2011, 23:30:08
Jak Joanna. Wciagnęlo a koniec...na nie.
-
- Paulina Lipiec
- 28 marca 2011, 23:49:38
To wszystko przez dysfunkcję ośrodka odpowiedzialnego za zakończenia. Polot kończy się po środku. Może jeszcze nad nim kiedyś popracuję:) Dzięki za przeczytanie ;)
-
- Damian Koryl
- 29 marca 2011, 01:10:34
Językowo i metaforycznie są świetne momenty. Ostatnie zdanie pierwszego akapitu, kropki na dłoniach a muchy cierpiące na biegunkę czy jazda na zębach i kraterach przykuwa uwagę i jest in big plus. Sam pomysł z powolną obsesją starzenia się też kupuję, jak najbardziej, ale tylko gdzieś tak do momentu wyplucia zębów. Potem faktycznie, zbyt szybko się kończy, zbyt szybko siada, a środek więcej obiecywał. Tym bardziej dziwi mnie, że sama pani pisze, że "polot kończy się po środku", czyli jest tego świadoma. Jak dla mnie wolałbym posiedzieć dłużej i wydusić przemyślane zakończenie niż wystawiać tekst, który potrafi klapnąć pod koniec. Czyli w miejscu, gdzie nie ma prawa. Przeczytałem ciekawą zajafkę, coś z tego może będzie. Jak się dolepi resztę.
-
- Pola Markowicz
- 29 marca 2011, 07:37:21
Końcówka rzeczywiście do zmiany, ale mnie się teks podoba!