Elan vital

Autor: Paulina Lipiec, Gatunek: Proza, Dodano: 07 marca 2011, 23:12:43

1910r. W ogrodzie w Giverny był staw. Niewielki, otoczony wypielęgnowanymi trawami w kolorach chłodnego aleksandrytu i złamanego brązowymi nitkami szmaragdu .W pobliżu stawu rosły zmęczone wierzby kłaniające się każdemu, kto nawiedził ich terytorium. Między trzcinami nad stawem od strony porośniętego smutnym bluszczem domu rozstępowała się roślinność, aby dać mu widok na dryfujące na lekko podskakujących i opadających  podmuchach wiosennego wietrzyku jeszcze nie sportretowane nenufary. W przesmyku stała sztaluga, przed nią zaś mężczyzna w średnim wieku ubrany w białą, lecz brudną od farb koszulę, której rękawy podwinięte były tylko tuż ponad nadgarstki. Jego zadbana, długa broda zdradzała muśnięcia przyspieszającego czasu w postaci białych pasków chowających się za gęstą czernią zarostu. W skupieniu , jak kucharz dbający o każdy gram przyprawy, odmierzał pędzlem barwy i nakładał je na płótno, następnie delikatnie rozciągał po jego powierzchni mrużąc oczy. Dawniej robił tak by reszta świata nie odwracała jego uwagi od kilku centymetrów koloru, nad którym pracował. Denerwowały go najmniejsze aberracje od zamierzonego efektu, więc niespiesznie pracował nad najdrobniejszymi szczegółami aby nie utracić nic z barwy prześwietlonej przez intensywność strumienia światła, który właśnie padał na wybrany liść, płatek, korę, ziarenko piasku. Teraz czuł coraz częstsze zmęczenie przeważnie lewego oka. Ciemnobrązowe plamki już nie pojawiały się tylko w trakcie patrzenia pod słońce. Prześladowały go codziennie, uporczywie  migotały cała watahą po środku i u góry obrazu. Zniecierpliwiony próbował je czasem łapać w dłonie tak, jak mali chłopcy łapią  muchy i straszą nimi dziewczynki. Czasem płakał w ukryciu, gdy do narzędzia pracy przywierał kolejny brunatny robak wijący się szyderczo niby krew niewinnego na mieczu oprawcy.

Nie zauważył kiedy podeszła do niego Alice z koszykiem , w którym za pewne znajdował się podwieczorek. Mimo wieku wyglądała przepięknie przytrzymując falujące frędzle szala opadającego na jej szczupłe plecy. Coraz silniejszy wiatr porywał do tańca umykające splotowi warkocza kosmyki falujących włosów. Pomyślał, że chciałby zaplątać jeden z niesfornych loków wokół swojego palca. Kilka lat temu, kiedy spotykali się po kryjomu w tajemnicy przed jej mężem, drżała przy każdym powitaniu. Stawał więc za nią, unieruchamiał w swoich ramionach i zatapiał się w miękkości maleńkich włosków pokrywających jej kark. Pachniała wtedy różanym olejkiem, którym przed wyjazdem z domu kropiła się tylko za uszami.

Alice podeszła do mężczyzny, pozwoliła mu się pocałować w nieco zwiędnięte już usta. Jego ledwie zauważalny uśmiech oznaczał, że odgadł skąd dokładnie bierze się zapach dominujący nawet nad drażniącymi pyłkami pylącej trawy.

- Robi się chłodno, nie mógłbyś malować bliżej domu? – wyjęła z kosza sweter i zarzuciła mu go na plecy.

- Nie. Mówiłem ci, północne światło jest niewystarczające. Chowa barwy, zabiera z nich to co mają najlepszego. To tak jakbym kazał Ci obciąć włosy albo pomalować usta.

- Ciemne przedmioty są mniej prawdziwe od jasnych?

- Nie. Są cały czas takie same. Maluję ten staw już od jakiegoś czasu. Za każdym razem kiedy tu przychodzę  jest inny. Za każdym razem światło pada z innej strony, inaczej układają się nefryty. Rano cień pada na zachód, teraz -  sama widzisz.

- Wiem. Namalowałeś wiele obrazów tego miejsca, każdy kolejny mniej przypomina staw, który mam teraz przed oczami.

- Bo ja widzę coraz mniej. – objął ją tak jak planował, oparł brodę o ramię żony – Alice. Co jest na obrazie?

- Plamy Claude.  Białe, zielone, żółte plamy.

- Nie. To nie są plamy. To odbicie świata rzeczywistego. Coś co trafia do moich oczu wcale nie musi być takie jakim Ty to postrzegasz. Jeżeli widzisz coś zielonym wychodząc z domu, a ja będę patrzył na ten przedmiot stojąc tutaj, może mi się jawić innym, rozumiesz prawda?

- Kiedyś widzieliśmy tak samo.

- Starzeję się szybciej niż ty.  Zmuszałem moje oczy do wypatrywania wrażeń, którymi inni swoich nie zadręczają. Nadal je do tego zmuszam, ale widzę coraz mniej. Światło miesza mi się z kształtem, starość zasłania mi to co kiedyś było feerią emocji, dawało mi rozkosz większą niż ciało kobiety. Zachwycałem się milionami odcieni bieli, chciałem ją rozczepiać bez końca, wycisnąć jak gąbkę i spijać  bogactwa, którymi została obdarzona. Chciałem być jednym z kolorów by poznać inne, dotknąć ich. Za każdym razem kiedy dostrzegałem powietrze wirujące w przebłysku między cieniem a wzmocnionym szybą promieniem słońca rzucałem wszystko co miałem w rękach aby uchwycić ten kalejdoskop roziskrzonego atomów gazu. Wsuwałem zmoczone deszczem ręce pod parasol lampy i czekałem aż zamigocze jakąś czystszą barwą, którą będę mógł naśladować. To wszystko wydawało się takie realne, takie prawdziwe. Wcale nie było impresją, tylko namacalnym dowodem na wyjątkowość moich oczu, na jedyny talent jakim zostałem obdarzony. Szczyciłem się nim przed sobą samym, a krytyka innych była dla mnie wyrazem ignorancji i niższości. Teraz wpadam w ciemność i zaczynam wierzyć w ich słowa. To tak jakby ktoś odrywał kawałki mojego ciała nie uprzedzając mnie o tym wcześniej. Jakby mój świat był budowlą z klocków, a jakieś dziecko podkradało z niej jeden po drugim aż do momentu, gdy całkiem przestanie istnieć, a ono zbuduje, nową, według własnego pomysłu. Nie rozumiem tego i nie chcę. Lekarze wyleczyli mnie raz, ale to wraca, zawsze będzie wracać choćby nie wiem ile razy starli plamy sprzed  oczu, ile razy przetkali, wyszorowali, wypastowali moje stare źrenice. One będą coraz szybciej się psuć, opadać jak zbyt ciężka kurtyna w starym, zaniedbanym teatrze. Szybko i bez ostrzeżenia. Boję się Alice, boję się, że pewnego dnia zostanę całkiem pozbawiony światła, a Bóg dalej będzie mnie trzymał przy życiu.

- Myślę, że nie pozwoli na to. Za dużo zjawisk odkryłeś, dobroci. W umiłowaniu jasności nie ma nic złego, On sam nią jest podobno, a ty nie na darmo otrzymałeś talent. Myślisz, że miałby Cię za co ukarać?

- Za Ciebie, za poszukiwania ulotności, za chwile, którymi się cieszyłem zamiast myśleć o przyszłości i za te, które przeklinałem, kiedy chodziłem głodny. Za dążenie do pieniędzy, do dumy, do satysfakcji, do bycia podziwianym, za zachłanność, za oszukiwanie przyjaciół dla własnych korzyści. Jeżeli Bóg jest takim, jakim go widzą społeczeństwa, jestem wielkim grzesznikiem.

- To pęd do życia Monsieur Monet! – zaśmiała się szczerze Alice sama nie rozumiejąc dlaczego nagle zrobiło jej się tak wesoło i ciepło w brzuchu. – Nikt nie może być ukarany za pęd do życia, za poruszanie ociężałej materii artystyczną energią, za Twoją Madam z parasolką, która odwraca się od wiatru. Claude! Bez takich ludzi jak Ty świat by dawno się rozpadł. Jesteś kreatorem, wdmuchujesz ruch w nieruchome i życie w nieożywione. To, że ślepniesz jest tak samo naturalne jak nasze skrzypiące stawy to, że moje włosy przestają zlewać się z rączką hebanowej szczotki, bo coraz bardziej przypominają pióra gołębi.

Claude patrzył jak Alice zdejmuje trzewiki i pończochy, a potem zaczyna spacerować po zimnej trawie, między źdźbła której wplątał się już zmierzch. Uśmiechnął się do niej, usiadł. Za pół godziny drogocenne słońce przestanie tworzyć iluzje, a on uda się na zasłużony odpoczynek. Kiedy kończy się dzienne światło znikają uporczywe plamki, prawie można zapomnieć o strachu i  chowającym się w konarach, jeszcze na szczęście odległych drzew, wiecznym mroku.

Alice umarła rok później, Claude dopiero w 1926.

Komentarze (7)

  • Paulinko, przeczytam jutro z samego rana

  • :) dziękuję

  • To takie pisarstwo sztambuchowe. Dużo opisów, za mało emocji. Owszem, jest nawet jako taka sprawność, ale wydaje mi się, że ten tekst jest nazbyt szkolarski. Tu niewiele zadziwia, a powinno. To niewiele wzrusza, a powinno. Tu niewiele się dzieje, a byłoby lepiej, gdyby rozruszać tę narrację. Wolałbym przeczytać coś krótszego, ale bardziej wyraistego. No ale może za dużo wymagam. :-)

  • O nie, nie zgodziłabym się żadne rozruszanie narracji. W zamyśle miała być sączyć się jak z niedokręconego kranu. Niezmiennie pozostaję, Panie Jan Uszu, fanką Pańskich krytykanckich komentarzy :)

  • Takie małe wpadki stylistyczne; falujace frędzle i obok falujące włosy.
    Trudno mi się ustosunkować do opowiadania, bo w końcu z malowaniem mam do czynienia od dziecka i to trochę nie tak, żeby obraz powstawał z zachwytu. Malarz do głębi zainteresowany jest tym, co maluje, a nie tym co widzi. I nie sądzę, żeby Monet był taki rozmowny.

  • Ojej. Sama nigdy nie malowałam i to moje wyobrażenie za równo o malarzu, jak i o procesie, pod wpływem czysto estetycznej przyjemności wynikającej z kontaktu z dziełami impresjonistów :)

  • A propos sączenia się wody z kranu. O wiele lepiej byłoby, gdyby ta woda sączyła się do jakiegoś naczynia, a nie poza brzegi garnka. Szkoda wody i cierpliwości czytelnika. Niedobrze jest, gdy się nudzi i ziewa. On powinien być cały czas zainteresowany. Pozdrawiam i życzę wszystkiego najlepszego w okazji Dnia Kobiet. :-)

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się