A due, czyli daną partię grają dwa instrumenty
Tego roku sypnęło w oczy wiosną już na początku marca.
Otworzyła się przede mną elektryczna brama o głosie strażnika konsumującego w dyżurce drugie śniadanie. Od porannego słońca zmalały mi źrenice i zmarszczyło się czoło. Zrobiłem daszek z dłoni chcąc ukryć przed nim całą swoją białą skórę, która na kostkach u palców była niemal tak cienka, że przecierała się do struktury siateczki . Do przymrużonych oczu docierały świetlne bodźce upewniające mnie w przekonaniu, że miasto się skurczyło. Z wyczuciem, żeby całkiem się nie rozsypał, podrzuciłem na ramieniu plecak i ruszyłem w stronę domu. Śledziłem trasę miejskiego autobusu, ale było zbyt ciepło, żeby dać się podrzucać warczącemu gruchotowi, w którym dziurawe siedzenia ziejące żółtą gąbką zajęły już stałe bywalczynie o domalowanych brwiach i zarośniętych podbródkach. Ich wnuczki przeżywały właśnie te jedyne w życiu miesiące rozkwitu. Uwalniały łydki z zimowego puchu, wirowały wokół własnej osi rozwijając wełniane szale i dając podmuchom wiatru przewiać wystawione do słońca wgłębienia między piersiami. Kręciło mnie w nosie od ich pylącej skóry, która używała sobie ze światłem wydmuchując przez ciasne pory zapach utleniania. Z topornych kozaków przerzuciły się na lekkie pantofelki . Podskakiwały w nich co chwilę jakby sprawdzając czy może grawitacja z okazji wiosny sobie trochę odpuściła. Niektóre nie zdążyły rozchodzić nowych butów w ciasnych korytarzach ciemnych mieszkań, a już wybiegały na ulice jak na wybieg, teraz trochę kulejąc od rosnących pęcherzy pełnych krwi i osocza. Na piętach, na małych palcach, na podbiciach stóp, które nie miały kiedy stwardnieć, bo nie przemierzały jeszcze dorosłości. Wyobrażałem sobie tę delikatna skórę rozmiękczoną przez puchową warstwę ciepła, jaką zabezpieczały ją w zimie i przypominałem stopy Iwony. Jej kwadratowe paznokcie, na których nie chciał trzymać się żaden lakier. Maleńkie. Mogłaby nosić komunijne pantofelki gdyby chciała. Dłonie za to prawie tak duże jak moje. Palce-szpony. Pofalowane przez zgrubiałe stawy przeplatane wąskimi kosteczkami obleczonymi gładką skórą zakończonymi wypolerowaną, zaokrągloną płytką. Czasem, gdy oglądaliśmy telewizję, rozbierała mnie z koszuli i siadając za mną na oparciu wersalki wodziła grzbietem dłoni po ramionach. Marzłem wtedy okropnie, bo ogrzewały z matką mieszkanie mikroskopijną farelką, ale drżałem wcale nie z zimna, tylko z zetknięcia. Chciałem wchłonąć ją w siebie, przykleić jej ręce do karku jak miliony gum skleja się na zawsze z tysiącami ławek w setkach szkół. Trzeba je zeskrobywać, a i tak dzielne drobinki zapierają się i uparcie twierdzą, że nie są już jednostkami, ale jednością.
Iwona była pianistką, a przynajmniej starała się nią być. Spotykaliśmy się przez cztery lata jej liceum muzycznego. Ćwiczyła w tym czasie po kilka godzin dziennie. Jeśli przychodziłem przed umówionym czasem, jej matka otwierała mi drzwi i z palcem na ustach wskazywała wzrokiem taboret w przedpokoju. Czekałem na nim kwadrans, a zdarzało się, że i godzinę, aż Iwona zagra na tyle doskonale, żeby mamusia była usatysfakcjonowana. Chciałem ją porwać kiedyś pod namiot. Weekend tylko dla nas, bez Bacha, Beethovena, Rameau i innych, ale: palce stygną Januszku. Nie masz pojęcia ile będę musiała włożyć pracy, żeby je od nowa rozruszać. Kłębiły mi się w głowie pomysły, jak mogłaby je trenować bez użycia pianina, ale gryzłem się w język. Co piątek miałem dwugodzinne widzenie z Iwoną. Jeżeli nie wyciągała mnie wtedy na bezsensowne podrzucanie na butach nadgniłych liści parku albo bieganie po zarośniętej plaży nad jeziorem, lądowałem w maleńkim pokoiku, który sam się dusił odorem stęchlizny. Walczyły z matką z niezdrowym zaduchem, ale ich mieszkanie w kamienicy miało wadliwą instalację hydrauliczną i spoglądając na sufit można było odgadywać co dziś przedstawia zielony obłoczek pleśni. Mimo to z utęsknieniem czekałem na koniec tygodnia. Iwona chowała zeszyty z nutami do szafki; na moją prośbę zamykała je na klucz, żeby nie rozpraszał jej ich widok, gdy już ulokuje się na mnie. Ściągała szybko, bez skrępowania dopasowane bluzki i długie spódnice. Pozwalała mi zwijać z ud pończochy. Lubiłem te kilka sekund, gdy wszystko się zatrzymywało. Przestawałem słyszeć tykanie zegara z kukułką i skrzypienie parkietu pod stopami niecierpliwiącej się matki. Przykładałem policzek to napiętego uda i zsuwałem dłonie wraz z cieniutkim nylonem w dół. Wplątywała wtedy palce w moje pokręcone włosy, mocno się ich trzymała. Całe wieczory mógłbym gładzić zagłębienie między udem a pośladkiem spełniającym dla mnie rolę najpiękniejszej definicji półkuli. Rozpraszało się zmęczenie na jej twarzy, rozjaśniały cienie pod oczami. Czasem dłonie stawały się całkiem ciepłe i chętne. Rozciągnięta na mnie skraplała do ucha : accarezzevole Januszku, teneramente. Zrozumiałem o co jej chodziło dopiero przy drugim zeszycie haseł i definicji, który uzupełniałem śliniąc i obgryzając ołówek z nerwów wywołanych bezsilnością.
Zdradzaliśmy sobie sekrety. Opowiedziałem jej o pieszczotach, do których zmuszałem swoją młodszą siostrę kiedy byliśmy mali i nie znałem jeszcze zastosowania wielu części ciała. Śmiała się słysząc, że mam ciągle sentyment do Ani z Zielonego Wzgórza i brzydzę się dżdżownic. Pewnego dnia zostaliśmy sami w mieszkaniu. Nie mam pojęcia co stało się z jej matką, ale oddałbym co najmniej te trzy lata, żeby została wtedy w domu.
- Twoja pora na tajemnicę. Już się nie wymigasz. – powiedziałem jej włosom. Zaśmiała się i pociągnęła mnie za rękę do dużego pokoju. Pamiętam, że miała na sobie tylko poszarzałe majtki, a kosmyk ciemnych włosów wślizgnął się do ust i nie mogła go wypluć bez pomocy palców. Stałem w drzwiach, a ona odsunęła brązowo-pomarańczowy fotel udając, że sapie przy tym z wysiłku. Zwinęła dywan do połowy. W drewnianej podłodze brakowało dwóch lub trzech deseczek. Zamiast nich stała małą puszka po herbacie lub ciastkach.
Mama chce żebyśmy się przeprowadziły. Teraz już nie jest tak trudno, bo wszystkie nowe bloki są spółdzielcze. Ma trochę biżuterii po babci i odkłada z każdej pensji. Na razie będziemy musiały przesunąć to w czasie, bo przeczytałam o wznowieniu ważnego w branży konkursu pianistycznego w Lionie. Mam w końcu szansę się pokazać. Nauczycielka mówi, że się nadaję, tylko szkoła nie może nic dołożyć .Mama zapłaci.
Znów robiła małe przemeblowanie, żeby zatrzeć ślady, a mnie obwinęło i ścisnęło rozczarowanie. Ominie mnie jakiś piątek, może nawet kilka. Nie będę miał co ze sobą wtedy zrobić, każdy tydzień planowałem pod kątem wizyty u Iwony. Dla dwóch godzin odmawiałem wyjść na piwo, koncerty, imienin ciotek, opracowywania z kolegami kosztorysu interesu życia. Nawet ze szkoły się czasem wcześniej urywałem, żeby być u niej na czas. Miała rację, że zdecydowała się pojechać. Już dawno ktoś powinien jej dać szansę, trafiła na najgorsze czasy. Przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Mało kto interesował się artystami. Na ulicach, w urzędach, w sklepach mówiono tylko o pieniądzach, mieszkaniach i Wałęsie. Miała rację. Najwyższa pora przestać ukrywać taki talent. Uśmiechnąłem się w odpowiedzi. Tylko jakoś tak całą drogę do domu głowa mi ciążyła, a ramiona uparcie ciągnęły w stronę ziemi.
Miała wyjechać na początku maja. Pod koniec kwietnia mama w poliestrowej podomce otworzyła drzwi dwóm policjantom. Uprzejmie i rzeczowo poinformowali ją dlaczego powinienem za plecami spleść palce jak do wieczornej modlitwy. Wbiła wzrok w podłogę, nie odezwała się słowem. Ja również w milczeniu kontemplowałem jej dźwięczne drażnienie brzegu kubka z kawą łyżeczką do herbaty. Podczas przesłuchania uświadomiłem sobie, że oprócz Iwony nie ma na świecie ani jednej osoby, która wiedziałaby jak bardzo brzydzę się nieuczciwością. Nikt nie znał mnie na tyle, by poręczyć moim słowom swoją polityczną poprawnością. Nie wypluwałem ich więc obficie; czasem pomrukiwałem na tak lub kręciłem głową na nie. Twarze funkcjonariuszy wyrażały służbową pogardę. Nie potrafili wróżyć z wyrazu twarzy.
Iwona pojawiła się podczas rozprawy. Jej matka w spazmach, uciszana przez sędziego, wyzywała mnie od podstępnych węży wślizgujących się na rajskie drzewo jej bezpiecznego domostwa. Córka głaskała ją po włosach wlewając do drżących uszu spokój przygotowany z szemrania i cmokania. Nie patrzyła w moją stronę. Obserwowałem ją i przez te kilka godzin było mi wszystko jedno.
Pisałem do niej później listy. Im dłużej jej nie widziałem, tym więcej kumulowało się we mnie energii, którą wcześniej zrywała ze mnie jak nadmiar owoców z chylącej się od jesiennego nadmiaru jabłonki. Próbowałem spłukiwać z siebie pod prysznicem tę iskrzącą substancję strumieniami wrzątku, ale rozjuszałem tylko niezaspokojone ciało reagujące wybuchami krwi pod skórą. Przez dwa lata nie dostałem od niej żadnej wiadomości. Wybaczyłbym jej wszystko. Wyobrażałem sobie, że czołga się u moich stóp płacząc i przepraszając. Wtedy ja miałem odegrać rolę pocieszyciela. Silnego mężczyzny o naprężonych ramionach gotowych do przyjęcia na łono kobiety marnotrawnej. Pocztowe milczenie odbijało się między lewą a prawą skronią jak piłeczka pingpongowa. Dzień w dzień. Równo rok przed końcem kary strażnik przyniósł mi pocztówkę z Buenos Aires. Opowiadała kiedyś o momentach, w których marzyła aby się oderwać się od wszechobecnej muzyki, apodyktycznej matki i próchniejącej klitki. Zamykała wtedy oczy i wyobrażała sobie, że sączy mate w jednej z portowych kafejek w Buenos. Uciekła, a panorama kwitnącego miasta rytmicznie uderzała mnie w tył głowy. Napisała: Szkoda Januszku, że nie możesz być tutaj ze mną. Znalazłam swoje miejsce na ziemi. Nie przespałem ten nocy. Ani żadnej następnej.
Na mojej ławce w parku przy Piłsudskiego, siedział stary Arab, właściciel jedynej w mieście budki z kebabem. Dopalał skręconego papierosa, wypuszczał puchaty dym jednocześnie nosem i ustami. Pachniało różanym tytoniem. Dobrze, że siedział. Dobrze mieć świadomość, że kiedy nie wiesz co z jutrem, ktoś będzie obserwował jak chowasz twarz w dłoniach i jak walą się, cegła po cegle, twoje plecy.
Jest barwa między granatem, a czernią. Niewielu ludzi potrafi ją odróżnić .- stwierdził – Dla jednych to ciemność, brak koloru, u innych przy co trzecim mrugnięciu rzuca się w oczy błękit. Są też tacy, co mylą ufność z naiwnością. Oddają całe swoje bogactwo przypadkowym przechodniom o niejasnych wnętrzach. Siadają potem na ławkach chudzi i bladzi z nieustającym odruchem wymiotnym jakby chcieli zwrócić siebie samych. Pamiętaj tylko, że większość z nich zagryza w końcu zęby i wtacza na górę ten cholerny głaz. – poklepał mnie po ramieniu, wstał i rzucił na odchodne: Zagraj to tenuto.
Komentarze (8)
-
- Pola Markowicz
- 25 marca 2011, 06:32:20
Świetnie się czyta i bardzo wciąga!
-
- Paulina Lipiec
- 25 marca 2011, 08:17:17
Dzięki Apolonio. Szczególnie za przeczytanie :))
-
- Tomek .
- 25 marca 2011, 08:33:22
Kradzież w imię miłości... Hm, czy można ją usprawiedliwić? - oto jest pytanie.
"accarezzevole Januszku, teneramente";)
Haha, no tak, niczym w American Pie:) [była tam tak dziewczyna - muzyk Michelle bodajże, która w chwili uniesienia sypała podobnymi tekstami;)]
Cóż, generalnie czyta się dobrze.
-
- Paulina Lipiec
- 25 marca 2011, 08:46:39
o Panie Tomku niestety nie oglądałam, bo powstrzymałabym się od wkładania w usta kogokolwiek tekstów stylizowanych na American Pie :) A to przecież nie jest kradzież w imię miłości;)
-
- Tomek .
- 25 marca 2011, 08:54:45
To tylko takie moje luźne skojarzenie, nic więcej. Przecież wszystko się z czymś kojarzy, prawda?:)
Pisząc o kradzieży w imię miłości, miałem na myśli to, że bohater gwizdnął tę puszkę z precjozami, żeby jego dziewczyna nie miała za co wyjechać do Lyonu.
-
- Paulina Lipiec
- 25 marca 2011, 09:02:34
No właśnie w tym problem, że on wcale nie gwizdnął:P Myślałam, że nie ma problemu żeby się domyśleć co właściwie się stało :) Zwrócił mi Pan uwagę na kolejną literówkę.. eh tak to jest wrzucać teksty pod wpływem emocji.
-
- Tomek .
- 25 marca 2011, 09:07:11
Widocznie jeszcze śpię :P Ale za drugim razem na pewno się domyślę;)
-
- Tomek .
- 25 marca 2011, 09:08:40
"Wybaczyłbym jej wszystko. Wyobrażałem sobie, że czołga się u moich stóp płacząc i przepraszając. "
No dobra, to ona sobie wzięła puszeczkę:)